Józef Ambrozowicz

Urodził się w Kozodrzy w 1945 r. Dzieciństwo i młodość spędził w Dębicy, gdzie w 1964 r. zdał maturę w Technikum Mechanicznym i podjął pracę w WSK. Wczesna śmierć ojca zmusiła go do wybrania typu szkoły, pozwalającej na szybkie zdobycie zawodu i podjęcie pracy, by pomóc matce w wychowaniu czwórki dzieci. Wtedy pracodawcy bili się o każdego absolwenta szkół zawodowych. Spośród wielu ofert wybrał tę w WSK. Przez trzy lata był konstruktorem i to dobrym, mimo że robił to wbrew sobie, wbrew swoim marzeniom.

Józef Ambrozowicz

Czuł się humanistą. Pisywał więc do zakładowej gazety „Echo Załogi”. Odchodzący redaktor polecił go na swoje miejsce. Dyrektor dziwił się takiej propozycji patrząc na „młokosa” wyglądającego wtedy na jakieś 16 lat, ale w końcu machnął ręką i zgodził się.

Józef Ambrozowicz przyznaje dziś, że nie bardzo wiedział, co i jak ma robić naczelny redaktor zakładowej gazety. Czuł jednak, że to jego szansa, by mógł zmieniać świat i zwalczać zło. Pisał dużo, interweniował często. Głośno stało się o nim, gdy opisał historię wykrycia arsenału amunicji z II wojny przez jednego z robotników i zlekceważenia jego meldunku o tym przez milicję i władze gminy. Miejscowi ludzie rozebrali tymczasem amunicję. Miejscowe władze oskarżyły odkrywcę, by ukryć swoje zaniedbania. Artykuł o tym wszystkim przesłał do redakcji „Polityki” z nadzieją, że ta nada sprawie odpowiedni bieg. Ale ówczesny naczelny Mieczysław Rakowski zaproponował „tylko współpracę”. I tak zaczęła się jego dziennikarska przygoda na szerszej przestrzeni. Został zauważony. Rozpoczął też zaoczne studia dziennikarskie. Ukończył je w 1980 r. z tytułem magistra.

W 1975 r. przeszedł do redakcji „Prometeja” w Rzeszowie. Przepracował w niej 5 lat jako tzw. młody gniewny i „pies” na przejawy zła. W 1980 roku Zygmunt Klatka zaproponował mu współpracę w nowo tworzonym oddziale KAW. Przyjął propozycję, bo to było coś nowego i ciekawego. Pierwszy w tym zespole i w ogóle w Rzeszowie ukończył 2-letnie podyplomowe studia edytorskie w UW. Rzeszowski oddział KAW był dobry i najaktywniejszy w kraju, bardzo dużo wydawał ciekawych propozycji. Zdziwionym szefom z centrali Zygmunt Klatka tłumaczył to w ten sposób: – „My traktujemy pracę jako misję dla regionu”.

J. Ambrozowicz zawsze był aktywny społecznie, szczególnie w środowisku dziennikarskim. Przez 10 lat prezesował rzeszowskiemu oddziałowi Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

W 1991 roku zorganizował własną firmę wydawniczą JOTA. Dojrzał do tego – jak sam mówi – by działać na własne konto i realizować własne plany i cele. A te polegają przede wszystkim na pokazywaniu piękna naszego regionu i Rzeszowa, który tak gościnnie przyjął go. „Robię to, co lubię. Czuję się człowiekiem spełnionym jako dziennikarz, fotografik i edytor”. Prowadząc własne wydawnictwo i realizując własne cele, potrzebował ciągle nowych dobrych i ciekawych zdjęć. I to często w krótkim czasie. Nie zawsze znajdował chętnych, chociaż wtedy (śmieje się) płacono w milionach złotych za jedno zdjęcie. Był to bowiem okres transformacji ustrojowej i olbrzymiej inflacji. Postanowił więc, że sam będzie robił zdjęcia. Kupił profesjonalny aparat fotograficzny i sporo fachowej literatury. Znów uczył się nowego zawodu. Wychodziło coraz lepiej. Dzisiaj otrzymuje nagrody. Dwa jego albumy zdobyły prestiżowe nagrody na Ogólnopolskim Salonie, odbywającym się w ramach Międzynarodowych Targów Poznańskich.

W swoim dorobku ma już 26 albumów autorskich, najwięcej wydanych w ostatnim dziesięcioleciu, w tym 5 albumów o województwie podkarpackim, m.in. „Perły Podkarpacia”, dwa albumy o Rzeszowie oraz dwa przewodniki po tym mieście, autorstwa Stanisława Kłosa, z własnymi ilustracjami. Są to największe przewodniki w dziejach Rzeszowa.

Jednym z ostatnich zrealizowanych zamierzeń było pokazanie współczesnego oblicza naszego miasta, o którym mało kto słyszał na Litwie. Wystawa prezentowana była w Domu Kultury Polskiej w Wilnie, a teraz objeżdża wiele innych miast litewskich dzięki zainteresowaniu się nią Instytutu Polskiego, będącego w kompetencji MSZ. Jest to wielka promocja Rzeszowa. Autor cieszy się z takiego obrotu sprawy, ponieważ uważa, iż w ten sposób wywdzięcza się i składa hołd swojemu miastu.