MKNĄ PRZEZ RZESZÓW

MKNĄ PRZEZ RZESZÓW
            Zwracam uwagę na fenomen, jakim jest Karpacka Troja, najmłodszy w kraju skansen archeologiczny, ale jeden z tych, który przedkłada naszym oczom odkrycia nawet sprzed czterech tysiącleci, sięgające epoki brązu. To starośredniowieczne grodzisko obronne, odtworzone pieczołowicie w Trzcinicy pod Jasłem i udostępnione zwiedzającym cztery lata temu w lipcu, jest, nomen omen, oblegane przez tłumy ludzi ciekawych spotkania z historią i odległą kulturą.
            Ileż z tych osób, zdążających do owego „nowego Biskupina” w naszym regionie, jedzie przez Rzeszów i nie zatrzymuje się nawet? Iluż innych turystów  mknie tak przez nasze miasto po drodze w Bieszczady, albo bliżej do pereł podkarpackich, zamków w: Łańcucie, Baranowie Sandomierskim i Krasiczynie? Zamek Lubomirskich w Rzeszowie też nie od macochy w tej kolekcji zabytków. Ale ten zabytkowy wyróżnik architektoniczny Rzeszowa – mimo licznych zabiegów i starań, zwłaszcza prezydenta Tadeusza Ferenca, aby oddać zamek pod potrzeby kultury z wiodącą funkcją muzealną – dla  zwiedzających pozostanie jeszcze długo niedostępny. Bo od austriackich czasów, gdy zaborcy ulokowali w nim sąd i więzienie, nadal trwa władanie sądowe. Ba, w lecie, gdy gorliwość zwiedzania zawsze wzrasta w narodzie, nasz zamek nawet z zewnątrz jest mało widoczny, bo ukryty z każdym rokiem w coraz wyższych i gęściej rozłożonych drzewach, ze „skansenem” na podzamczu w postaci klozetu otoczonego deskowym obwarowaniem, po sąsiedzku zaś z wybujałem krzyżem, który ma przypominać o „zbrodniach komunistycznych”, a nieobeznanym turystom, mknącym jak się rzekło przez Rzeszów, przywodzi nierzadko skojarzenie, że przy placu Śreniawitów stoi kościół, bo i zza czubka drzew jakaś wieża wystaje.
           I mknąc tak do warowni w Trzcinicy ani im w głowie, że zamek w Rzeszowie, którego historia sięga w bliższe wprawdzie czasy, bo drugiej połowy XVI wieku, był jeszcze niecałe trzy wieki temu warownią strzeżoną przez 60 armat. Nie mam zamiaru w szczegółach przypominać tego, co być znane powinno i co uczynić należy, aby inni z pragnieniem zwiedzenia i poznania naocznego dążyli tutaj choć trochę tak, jak dziś do Karpackiej Troi.
            A zamek, czy obok położony i tradycją z nim ściśle powiązany późnobarokowy letni pałacyk Lubomirskich, nabyty nie tak dawno przez Okręgową Izbę Lekarską i restaurowany solidnie nabiera świeżości, to wszak nie jedyne miejsca w naszym mieście, do których należy różnymi sposobami kierować i zachęcać turystów. W tym pałacyku wszak m.in. urodził się Jerzy Grotowski, słynny w świecie do dziś, nieżyjący już nowator teatru. A w bliskości, w sąsiedztwie prawie, jest przecież Filharmonia Podkarpacka im. Artura Malawskiego, słynna nie tylko jedną z najlepszych orkiestr symfonicznych w Polsce, co zaświadcza także podczas zagranicznych, np. wiedeńskich koncertów.
Obok pałacyku, w kotlince naprzeciw zamku, z dojazdem od ulicy Chopina (w Rzeszowie sygnowanej w transkrypcji fonetycznej jako Szopena) w upalne dni zwłaszcza warta odwiedzenia jest wodna atrakcja, czyli fontanna multimedialna, gdzie tego lata nie tylko muzyka elektronicznie jest serwowana, ale i na żywo przez filharmoników podana była w koncertowym wydaniu. Poniewierano prezydenta miasta w niektórych mediach co niemiara, gdy powstawała, a teraz niechby ją spróbował zamknąć, to byłaby wielka afera i protest społeczny. Ta feeria świateł wieczorem i figur tryskającej wody przez cały dzień w rytm muzyki przyciąga wzrok i koi nastroje. Ba, zwłaszcza dzieci, ale i mniej okrzesani ich rodzice, traktują nierzadko fontannę jak aquapark lub basen. Rok temu na kongresie regionalistów w Bydgoszczy zafundowano nam m.in. obejrzenie podobnej tamże atrakcji, usytuowanej nieopodal Filharmonii Pomorskiej. Z satysfakcją mogłem wyrazić opinię, że jest to taka ciekawa „miniaturka tego, co można zobaczyć w Rzeszowie”.
Ileż ciosów zebrał prezydent Ferenc za okrągłą kładkę, gdy ją wymyślił dla Rzeszowa i zrealizował na bardzo ruchliwym skrzyżowaniu alei Piłsudskiego i ulicy Grunwaldzkiej przy Podkarpackim Urzędzie Wojewódzkim. Jedyna taka w Polsce. A teraz nie tylko ruch tędy został usprawniony, gdy nie ma tamy sygnalizacji świetlnej, a piesi górą mogą się przeprawić na wszystkie strony, dla których jeśli nie chcą korzystać ze schodów są windy po obu stronach. A obchodząc ów krąg kładki nad ulicami można usiąść na rozmieszczonych tam ławkach i poznawać dawny obraz Rzeszowa na starych fotografiach i w opisach doń dołączonych. A potem zwiedzając miasto współczesne porównywać. Stamtąd wzdłuż Grunwaldzkiej widok na stare miasto, a w kierunku ronda na Hotel Rzeszów i cały kompleks architektoniczny jednego z największych, nie tylko w regionie, sklepów – Galerię Rzeszów, a także klasztor oo. bernardynów, gdzie obraz Matki Bożej Rzeszowskiej jest w tej zabytkowej świątyni, a na zewnątrz widoczna także z kładki inna atrakcja przyszłości – Ogrody Bernardyńskie, które dopiero rosną. Jest także znany w świecie symboliczny już dla Rzeszowa monument – pomnik Czynu Rewolucyjnego autorstwa prof. Mariana Koniecznego – który również, jak na ironię losu, jest w jurysdykcji zakonników, bo znajduje się na terenie oddanym przez samorząd miejski za jeden procent wartości. Ale wizualnie odgrodzony od pozostałych włości bernardyńskich solidnym płotem. I tak powinno zostać, a miasto musi ponownie przejąć ten pomnik, od pewnego czasu nawet podświetlany nocą, ale w dzień budzący obrzydzenie, bo tonący w odchodach gołębich – od cokołu i schodów po pomnikowe postaci, z Nike zwycięską od strony ronda.
Takim symbolicznie okazowym traktem rzeszowskim, którym codziennie przemierzają tysiące samochodów, jest zielony, ukwiecony, barwnie niedawno zaprojektowany środek alei Cieplińskiego, wybudowany jako aleje 22 Lipca jeszcze w Polsce Ludowej, a poszerzony i tak wystawowo urządzony już za władania prezydenta Ferenca. Niebawem taką atrakcją komunikacyjną będzie nowy szlak wpinany właśnie rondem do ul. Lubelskiej, opodal rosnącego z każdym miesiącem osiedla Staromieścia Ogrody Spółdzielni Zodiak i giełdy rolnej. A wiodący od Załęża z prawie półkilometrowym mostem nad Wisłokiem i okazałym, widocznym z daleka pylonem, jednym z najwyższych w Polsce.
Oczywiście, miejsca prawdziwej sztuki, którym miano galerii należne jest od tysiącleci, są też niedaleko od wspomnianej widokowo i praktycznej kładki okrągłej. Z Biurem Wystaw Artystycznych przy ul. Sobieskiego, gdzie od czerwca do początków sierpnia gościła np. wystawa dzieł Franciszka Starowieyskiego, albo przy głównym trakcie spacerowym miasta, czyli ulicy 3 Maja, gdzie usytuowana jest Galeria Fotografii Miasta Rzeszowa, a przy ul. Sokoła w zabytkowym obiekcie dramatycznego Teatru im. Wandy Siemaszkowej jest nienależycie eksponowana Szajna Galeria – stała wystawa prac prof. Józefa Szajny, owego nieżyjącego już także, niestety, artysty światowej miary, maga teatru, reformatora sztuki scenicznej, reżysera i scenografa rodem z Rzeszowa.
Takimi miejscami, gdzie sztuka plastyczna gości nie tylko okazjonalnie, jest na pewno Wojewódzki Dom Kultury przy ul. Okrzei, zbudowany jeszcze przed wojną przez ogromną wtedy procentowo społeczność żydowską naszego miasta. Ten obiekt wybudowany dla celów edukacyjnych i kultury po gruntownych modernizacjach służy dobrze kulturze nadal. Jest to miejsce, gdzie prawie wszystkie ważniejsze instytucje kultury i zespoły mają swój rodowód w wojewódzkim od powojnia mieście. By wspomnieć tylko symfoniczne korzenie i 60-letnie tradycje obecnej filharmonii. Ale na przykład dzięki społecznym inicjatywom, jakie są udziałem Podkarpackiego Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych, któremu przewodzi Jacek Nowak, sztuka gości w użyczonych jej miejscach przez Elektromontaż w gmachu przy ulicy Słowackiego (Galeria na Najwyższym Poziomie) i przez ICN Polfa w biurowcu przy ul. Przemysłowej (Galeria pod Drabiną). A także dzieła plastyczne można spotkać na wystawach plastycznych w Galerii pod Ratuszem, w podziemiach naszego reprezentacyjnego budynku w rynku i w szeregu innych miejscach, a zwłaszcza w kilkunastu obiektach Rzeszowskiego Domu Kultury, w Młodzieżowym Domu Kultury przy ul. Osmeckiego i al. Piłsudskiego oraz spółdzielczych placówkach, jak np. Karton na Baranówce czy Zodiak przy ul. Mieszka I.
Sam rynek rzeszowski może zachwycać świeżością odnowionych elewacji i zagospodarowania niegdysiejszych luk wpasowanymi w zabytkową architekturę. Rynek żyje dziesiątkami pubów i innych placówek gastronomicznych oraz pyszni się dwoma hotelami – Ambasadorskim i młodszym o mianie Bristol. I jakby na przedłużeniu jednego z wejść rynkowych wiedzie ul. Mickiewicza. Na jej zwieńczeniu znajduje się pomnik wieszcza, a wcześniej Teatr Maska z muzealnymi atrakcjami lalkowymi i jedynym w Polsce Muzeum Dobranocek. W samym rynku góruje pomnik Kościuszki, naprzeciw zaś jest zabytkowa studnia, a nieco w bok, z tyłu pomnika Muzeum Etnograficzne, oddział Muzeum Okręgowego ustytuowanego przy ul. 3 Maja w kompleksie architektonicznym kościoła i szkoły popijarskiej, czyli jednego z najstarszych w Polsce liceów ogólnokształcących. Tenże rynek można też poznawać od dołu, przemierzając odrestaurowanymi piwnicami Podziemnej Trasy Turystycznej, do której wchodzi się pod sceną w ciekawie i funkcjonalnie zaprojektowanym kawiarnianym i informacyjno-turystycznym otoczeniu, a wychodzi w drugim końcu, po przekątnej rynku z ciekawostką dla bywalców Ambasadorskiego, gdzie w jednym z lokali jest przeszklona przestrzeń, za którą widać osoby wędrujące trasą i odwrotnie.
Póki śnieg nie spadnie prawie w każdy weekend na scenie przy ratuszu dzieje się wiele ciekawych imprez, by przypomnieć tylko niedawne w końcu czerwca z międzynarodowego festiwalu Wschód Kultury, wcześniej też koncerty podczas międzynarodowego festiwalu muzycznego Carpathia, albo ubiegłorocznego XVI już Światowego Festiwalu Polonijnych Zespołów Folklorystycznych. Jak żywiołowo, z jaką radością i kunsztem tańczyli i królowali artystycznie młodzi polonusi ze wszystkich prawie kontynentów w hali na Podpromiu, gdzie na co dzień m.in. siatkarska mistrzowska Resowia przyciąga sympatyków. A tysiące widzów dziękowało im w finale galowym i nie tylko owacjami na stojąco.
Rzeszów był i jest nadal doskonałym miejscem na ziemi, aby polonijne zespoły mogły zaprezentować się w ojczyźnie ich przodków podczas tej gigantycznej imprezy artystycznej, a zarazem patriotycznej. Bardzo potrzebnej i udanie organizowanej co trzy lata od ponad czterech dekad. Mało kto, zwłaszcza z tzw. klasy politycznej, uświadamia sobie, jak wielu Polaków lub ich potomków, bo około 15 milionów (niektóre szacunki są nawet o 5 milionów wyższe), mieszka przecież w polskiej diasporze poza granicami kraju. Są oni nierzadko jedynymi i najdoskonalszymi ambasadorami polskości i polskiej kultury.
Rzeszów to przyjazne, zadbane miasto, zachwycające zielenią, czystością i gościnnością mieszkańców. Można tu zagościć w wielu znakomitych hotelach i spacerowo oraz choćby i zza szyb pojazdów podziwiać miasto. Może i w przyszłości stateczki spacerowe będą wozić turystów i rzeszowian po Wisłoku? 
                                                                                                 Ryszard Zatorski